Moja droga do przedszkola
Moja mama wpadła na wspaniały pomysł i zaczęła mnie posyłać do przedszkola kiedy miałem rok i pięć miesięcy. Żeby było weselej przedszkole jest 10 kilometrów od domu więc jedziemy samochodem prawie pół godziny. Mama znalazła fajną boczną drogę, którą znam już na pamięć: najpierw super sklepy - Hala Wola, Biedronka i Albert, a i jeszcze kiosk z wielką czerwoną łapą Hejah, potem stacja obsługi Peguota, salon z motorami Yamaha, widlaki (wózki widłowe), ostry zakręt w lewo i zaczynają się pola z kukurydzą, kapustą, ziemniakami, żytem, cebulą i burakami.
A teraz gwóźdź programu: wielki przejazd kolejowy. Zawsze czekamy z niecierpliwością czy szlabany będą zamknięte i jaki pociąg przejedzie - raz widzieliśmy pociąg towarowy z samochodami - to było naprawdę super. Potem już tylko rondo, trzy wiadukty, parę zakrętów i przedszkole.
Teraz już tylko musimy przejść przez podwórko i wejść do środka ale czeka na mnie tyle pokus, że czasami trwa to kolejne pół godziny. Najpierw ogródek z kwiatkami, z którego wyłażą ślimaki - to przecież oczywiste, że muszę się z każdym przywitać, potem piaskownica z domkiem i zjeżdżalnią, a w końcu moje ulubione hulajnogi, rowerki i samochody - z nimi też muszę się przywitać i na każdym przejechać, a że jest tego sporo mama ciągnie mnie na siłę do środka.
Ostatnio marudzę mamie w samochodzie, że NIE CHCĘ do przedszkola ale ona nic sobie z tego nie robi. Ostatnio znudziło mi się to, więc chyba będę marudził rzadziej. Ale nie przestanę całkiem bo jeszcze rodzice pomyślą, że to jakaś frajda chodzić do przedszkola.